Tragikomedia kuchenna
Staram się nie pisać tu o polityce i choć nie zawsze mi się to udaje, to obiecuję, że dziś dam radę.
Swojego czasu na TT opisywałem, jak mi się rozwalił piekarnik w czasie pieczenia chleba, a już na BS (o ile mnie pamięć nie oszukuje) opisywałem przygody z wymianą zmywarki.
Źródłem kłopotów, jak to często w Polsce bywa, są Niemcy, którzy trzydzieści lat temu robili rzeczy bardzo trwałe. Teraz już im trochę przeszło, nad czym ubolewam. A te trwałe rzeczy się psują i naprawa w pewnym momencie przestaje się kalkulować finansowo.
Po piekarniku i zmywarce czas przyszedł na płytę kuchenną. Padła jedna grzałka i dało się żyć, ale miałem dość, bo psuje się cholera od kilku lat.
Niby żadna filozofia: ot płyta. Ceramiczna. Kupi się nową, z montażem i jeszcze starą zabiorą w ramach walki z elektrośmieciami.
Nie, nie, nie. Nie ma tak dobrze.
Przed prawie trzydziestu laty żyliśmy po pańsku i mieszkanie było robione precyzyjnie, a meble dostosowane do sprzętu. W kuchni to nawet więcej: konkretny sprzęt został obudowany meblami. I to się teraz mści. Pół centymetra różnicy albo inaczej zaplanowane drzwiczki skutkują całkowitym niedopasowaniem, a w najlepszym razie prowadzą do dziwnych kompromisów. Przy pieczeniu muszę – dla przykładu – wysunąć szufladę, która jest pod piekarnikiem, bo inaczej drzwiczki ją obcierają.
Wróćmy jednak do płyty, bo ewentualny i niespodziewany czytelnik zapytać może, w czym problem. Jest przecież tego cholerstwa na rynku od zarąbania, a i montaż nie wydaje się kłopotliwy. No, że niekoniecznie.
Po pierwsze płyta ma 80 centymetrów, bo ja lubię gotować i muszę mieć na czym. A przy tej wielkości wybór robi się niespecjalny. Na dodatek cholerne blaty są z cholernego kamienia (żona, która wyniosła z Uniwersytetu wykształcenie, którego później nie używała, mówi, że to gnejs). Ma to liczne i oczywiste zalety, ale trochę utrudnia dopasowywanie.
Z duszą na ramieniu nabyłem płytę, która powinna pasować (ta sama niemiecka firma i takie same wymiary w opisie), godząc się, że po tej starej zostanie mi komplet bezużytecznych pokręteł i rozpocząłem oczekiwanie.
Dzisiaj się doczekałem. Prawie punktualnie przyszedł fachowy i grzeczny imigrant zarobkowy, przytargał po schodach płytę i przystąpił do montażu.
Początkowo wszystko było gites. Płyta ładna, układ podobny i na dodatek (to był moment mrożący krew w żyłach) idealnie pasowała do dziury w tym, przepraszam za wyrażenie, gnejsie. Na tym się jednak radość skończyła, ponieważ zdaniem fachowca (tak na oko – w wieku starej płyty) nie da się tego wynalazku podłączyć, albowiem nie ma uziemienia.
Jakim cudem stara płyta działała, jest zagadką przyrody, lokującą płytę nie w kręgu fizyki, ale raczej metafizyki. Nie wiedziała, że działać nie może, więc działała. A nowa wie i nie działa.
I teraz mam bardzo ładną płytę, która czeka, aż przyjdzie pan Janek, który poniekąd za moje mieszkanie odpowiada, bo jego firma robiła w nim wszystko poza meblami. I on to zrobi, a mnie nie będzie interesowało, czy ta płyta ma uziemienie, czy nie, bo pan Janek jest w moim wieku i znamy się od prawie trzydziestu lat. Ja nie będę pytał, a on nie będzie mnie straszył.
Żona z radością przyniosła do kuchni grzałkę (na oko półwieczną) i kazała przyznać, że miała rację, nie ulegając moim natarczywym prośbom o wyrzucenie tego badziewia, którym jeszcze za Jaruzelskiego gotowała wodę na praktykach w Chęcinach.
A na obiad jutro będzie sałata.